niedziela, 25 października 2009

Spotkanie z niedźwiedziem w krainie gigantycznych drzew

Futrzana kora Sekwoi

Generał Szerman!!




Jakoś ciężko mi się było zabrać za wpis z kolejnych parków. Może dlatego, że ten ‘środek’ podróży był bardzo upalny, ciężki dla nas, mimo, że byliśmy w Kalifornii, w miejscu gdzie spełniają się marzenia :-)
No dobra, ale do rzeczy... kawa wypita, wolna chwila niedzielnego popołudnia, spróbuję odtworzyć wydarzenia z Sequia & Kings Canyon NPs.

Grand Groove Village Cabins – tu spaliśmy (środek parku).
Wjechaliśmy do Sequoia Park, który jest połączony z Kings Canyon. Sequoia Park słynie z usytuowania na jego terenie Sekwoi, drzew o nazwie Mamutowce Olbrzymie. Drzewa są gigantyczne!! Tabliczki z opisami pokazują, że pień może objąć około 20 osób trzymających się za ręce, a niektóre z drzew mają ponad 2000 lat. Mamutowce nie są pokryte korą, lecz tworem przypominającym sierść :) Może dlatego mamutowce? :)

W parku poruszamy się na krótkich szlakach, a dłuższe odcinki przemierzamy autem. Obydwa parki łączą się w taki sposób, że trudno zauważyć, kiedy znajdujemy się w Kings Canyon a kiedy na terenie Sequoia NP. No przynajmniej mi było trudno. Na lunch zatrzymujemy się na jednym z wielu miejsc specjalnie do tego wyznaczonych, gdzie są szerokie ławy. Rozkładamy się z jedzeniem, przenośną lodówką, otwieramy bidony, konserwy, smarujemy kanapki. Gdy nagle nagle B. patrzy przed siebie (za mną), w ułamkach sekund słyszymy "o matko.... niedźwiedź". Odwracamy się, a w naszą stronę idzie czarny niedźwiedź, około 15 m za moimi i W. plecami.
S. zdołał tylko wykrztusić 's...'!! (co jest brzydkim słowem znaczącym mniej więcej - uciekajmy stąd jak najszybciej) oraz dorzucił 'bierzcie jedzenie', co było niesamowitym wręcz przejawem trzeźwości myślenia w tamtej sytuacji... W parkach panuje całkowity zakaz karmienia dzikich zwierząt pod groźbą mandatu. Zakaz ten jest na tyle rozpowszechniony, że trudno go nie wbić sobie do głowy. Dodatkowo złamanie go powoduje okrutne konsekwencje. Nie tylko w postaci mandatu. Gdy np. niedźwiedź spróbuje ludzkiego jedzenia, szybko się od niego uzależnia. Kojarząc go z ludźmi i znając zapach, zaczyna częściej i co raz natrętniej zaczepiać ludzi. W celu zdobycia pożywienia może być agresywny lub nawet zaatakować. Wówczas takie zwierzę trzeba zastrzelić :( To samo dotyczy wiewiórek (zaczynają odważniej podbiegać do ludzi, skakać, gryźć.

Więc S. wykazał się świetnym refleksem :) A my po prostu wykonaliśmy rozkaz :) i pobiegliśmy do auta w ułamku sekund!! Niedźwiedź nadbiegł tuż za nami, wskoczył na ławę i zaczął zjadać serki, wylizywać konserwę, a zjadł nawet obierki od ogórka. Pozostali turyści widząc co się dzieje spakowali w kilka sekund rzeczy, dzieci i odjechali w popłochu. Słyszeliśmy tylko stukot zatrzaskiwanych drzwi od aut.

My zostaliśmy w aucie, bo szkoda nam było rzeczy pozostawionych, w tym przenośnej lodówki. Miś okazał się młodym osobnikiem, więc wypatrywaliśmy matki, ja robiłam fotki, S. trąbił strasznie i szarpał silnikiem próbując go spłoszyć. W końcu gdy miś zjadł wszystko, co mógł, miś uciekł. Szybko oceniliśmy sytuację, matki nie było w pobliżu, W. wyskoczył po rzeczy i głodni ;) pojechaliśmy dalej, z trzęsącymi się nogami na kolejny szlak.

Gdy szliśmy lasem, ten sam las nie wydawał się nam już taki bezpieczny, skoro misie się pojawiają w takich różnych miejscach, potrafią wyczuć przez metal puszki mięso w
konserwie. Postanowiliśmy w centrum informacji turystycznej powiadomić rangerów o całej sytuacji. Później dowiedzieliśmy się, że sytuacja miała miejsce z innymi turystami, strażnicy parku wiedzą o tym osobniku, ale na razie nie był on niebezpieczny, więc jest pod obserwacją. Jak tylko zacznie przejawiać agresywne zachowania to... :(

Droga do Fresno, gdzie tego dnia spaliśmy, była wybitnie zakręcona. Jechaliśmy bardzo powoli, czasami ok. 5 mil/ h. Zakręty były po prostu masakryczne. Mieliśmy automatyczną skrzynię biegów, więc chłopcy hamowali pulsacyjnie, żeby nic się nie uszkodziło. Kolację zjedliśmy w Boston Market - bardzo dobre jedzenie zarekomendowane przez W., który kiedyś w sieci tej pracował :-)

środa, 14 października 2009

Dlaczego Into The Wild?



W. napisał, żebym wspomniała skąd tytuł tego bloga. Inspiracją do nazwy był film Seana Penna "Wszystko za życie" (2007), w oryginalnej wersji "Into the Wild".
Film oglądaliśmy niezależnie, a wywarł na nas równocześnie duże wrażenie. Muzyka z filmu towarzyszyła nam w czasie podróży... :)

poniedziałek, 12 października 2009

The Spirit of Yosemite...

Filmem o takim właśnie tytule rozpoczęliśmy zwiedzanie Yosemite National Park - 'The Spirit of Yosemite' (I część dostępna jest na youtube, film dostał jakąś :) nagrodę). Sala, gdzie był wyświetlany (w centrum informacji turystycznej) była wielkości małego kina; film doskonały, tak więc po około 25 minutach wyszliśmy wprost oczarowani, wchłonięci, przez obrazy i cudną ścieżkę muzyczną, i stwierdziliśmy, że ... OK, możemy wracać, wszystko już widzieliśmy ;)

W Visitor Centre kupiliśmy też mapki, i zapytaliśmy rangera dokąd się kierować w stronę wodospadów i jeziora Mirror... Spojrzenie i wyraz twarzy strażniczki sugerował, że coś było na rzeczy. Rzeczywiście... o tej porze roku w Yosemite nie ma wodospadów, wysychają, gdy lato jest tak gorące. Najgorsze było to, że w przewodniku Pascala o tym 'szczególe' nie wspomniano!! Oprócz tego ranger wspomniała, że na południu jest kontrolowany pożar i żeby tego już nie zgłaszać.
Podsumowując nie zobaczyliśmy najwyższego w Ameryce Północnej wodospadu (739 m), który jest właściwie wodospadem podwójnym (a nawet potrójnym) złożonym z Upper i Lower Falls. Muszę przyznać, że było to dla nas ogroooomne rozczarowanie, jechaliśmy do Yosemite z dużymi oczekiwaniami. W czasie gorącego i suchego lata, bez wody, Yosemite - 'nie jest TO' :(( No cóż, było to bardzo pouczające doświadczenie, i nie ma tego złego - trzeba tu będzie kiedyś wrócić!!

W każdym razie, góry w Parku (należące do pasma Sierra Nevada) są zupełnie NIEPOWTARZALNE, a ich widok zrekompensował nam rozczarowanie, jak tylko wjechaliśmy na Glacier Point View (punkt widokowy). Zobaczyliśmy stamtąd charakterystyczną górę Half Dome (półkopuła - najbardziej stroma góra w Am. Płn, odchylona jedynie 7 stopni od pionu) i widok na Dolinę Yosemite. Yosemite NP na wielu osobach, które widziały moje zdjęcia robi wrażenie 'chłodnych' i 'przerażających'.

W międzyczasie, pomiędzy szukaniem szlaków, wodospadów i ... jedzenia, tempo i emocje nam opadają. Jesteśmy już dość zmęczeni podróżą, i czasem sobą;) Upał też daje się we znaki. Mi doskwiera ostre poparzenie z San Francisco, muszę nawet łykać leki przeciwbólowe. Tak więc, z owego spadku energetycznego, zdołał wybudzić nas dopiero niedźwiedź, który pojawił się w porze lunchu następnego dnia :)

Tego dnia nocujemy w Grand Grove Village Cabins w King's Canyon NP (czyli na terenie kolejnego parku narodowego, do którego dojechaliśmy z Yosemite tuż przed północą; parki są blisko siebie, ale drogi łączące kręte jak świńskie ogony, co ogranicza szybką jazdę). Nasz najdroższy nocleg (za ponad $100) mieliśmy w drewnianej chatce, bez umywalki, z derką jako przykryciem i w środku lasu, gdzie biegają misie. Prysznic oddalony był sporo od chatki i za 4 ćwierćdolarówki można było się kąpać całe 3 minuty!! :D Wcześniejsze motele trochę nas rozpieściły, więc TEN nocleg w zakurzonej chatce pod podartą derką, zapamiętaliśmy bardzo dobrze :) ale równie szybko chcieliśmy stamtąd wyjeżdżać. Aha, zapomniałam dodać, że w nocy pan reperuje nam jeszcze piecyk, bo jest naprawdę ziiiiiimno ;)


Wodospady Yosemite - jak widać Upper i Lowers Falls, kaskady wody, mgiełka unosząca się nad nami i orzeźwiająca, co za wrażenia!!


Spacer szlakiem w stronę Mirror Lake, Lusterkowego Jeziora


Mirror Lake, cel naszego szlaku. Mapy, tabliczki doprowadziły nas właśnie nad to suche wgłębienie, o pomyłce nie mogło być mowy ;)


Na szczęście płynęła jeszcze urocza rzeka, w której odbijały się granitowe góry. A właściwie drzewa. To chyba nie to zdjęcie?




Half Dome z bliska


Half Dome z daleka


Dolina Yosemite


Prawdziwa dama pokazuje swój bardziej fotogeniczny profil ;)


Kontrolowane i celowo wywoływane pożary w parkach są rzeczą korzystniejszą niż pożary naturalne. A pożary w parkach muszą być...


Widok z Glacier Point View na dolinę i góry Yosemite

sobota, 10 października 2009

If you're going to San Francisco Be sure to wear some flowers in your hair

Zapewne każdy zna kawałki 'If you are going to San Francisco' Scotta McKenzie, 'California dreamin' The Mamas & The Papas, 'Hotel California' Eagles :) no a my właśnie zamierzaliśmy spędzić kolejny tydzień w tym słynnym stanie.
Granicę Kalifornii z Oregonem przecięliśmy wieczorem, i już majestatyczna góra Hammer i fenomenalny zachód słońca zapowiadał niezapomniane wrażenia.

Pierwszego dnia wjechaliśmy do San Francisco od strony północnej prosto na trasę w stronę Golden Gate Bridge. Trafiliśmy na pogodę wyjątkową, wg mieszkających tam osób - wyjątkowo ciepłą. Było około 30 st. C i mięliśmy okazję zobaczyć most w całej okazałości, wcale nie spowity mgłą. Myślałam wcześniej, most jak most, ale był... naprawdę piękny :) Spędzamy dużo czasu na wzgórzu przy moście, potem wchodzimy na niego, ale idziemy tylko do połowy, bo długość to aż 2,7 km. Na moście niesamowicie wieje, mam wrażenie, że zaraz nas zdmuchnie do cieśniny Golden Gate i będziemy zaliczeni do grona samobójców (Z Golden Gate Bridge skoczyło już ponad 1000 osób, na moście znajdują się specjalne telefony zaufania dla osób chcących targnąć się na swoje życie; budowa mostu pochłonęła podobno również sporo ofiar, więc to w sumie dość poważne miejsce). Most zagrał m.in. w filmach "Wywiad z wampirem" i "Superman". Jest bardzo wytrzymały na trzęsienia ziemi, ale w planach jest umocnienie go przed wstrząsami na około 8 st. w skali Richtera.

Tego dnia po raz pierwszy rozdzielamy się na dwie dwójki :). Więc relacja z San Francisco będzie dotyczyła tylko W. i mnie. Wieczorem umawiamy się z dwójką przyjaciół W., którzy przyjechali tutaj na wakacje z Nowego Jorku, to V. i V., małżeństwo z Kazachstanu. Idziemy w stronę wybrzeża (którego już nie mogę się doczekać!) i jest coraz zimniej i wietrzniej. Jesteśmy w Kalifornii, w sierpniu, ale pogoda wieczorna jest typowa jak dla San Francisco, taka na długie spodnie i bluzy, koniecznie z kapturem. Na wybrzeże zeszliśmy w okolicy Lincoln Park, tuż przed zachodem słońca. Lwy morskie i foki wydawały śmieszne odgłosy. Wbiegłam do oceanu spokojnego po raz pierwszy w życiu. Było, co tu dużo mówić, niesamowicie, zwłaszcza, że to było moje marzenie... Przy okazji zgubiliśmy komórkę, bo przypływ był bardzo gwałtowny (ale znaleźliśmy pod wodą, po ciemku, nie wiem jak :) i jeszcze działał:)).

Potem dość trudno było wrócić do centrum (tak jakby po 9 pm miasto wymarło), ale złapaliśmy jeden z ostatnich wieczornych autobusów i przeżyliśmy duże zaskoczenie:) Autobus jechał w stronę centrum, zapełniał się młodymi ludźmi, którzy w pewnym momencie zaczęli żartować z tłoku, dyskutować z kierowcą, który kazał im się przesuwać do tyłu, tak aby wchodzący mogli się zmieścić. Ktoś zaczął śpiewać, inni to podchwycili, i potem zaczęli sobie przypominać piosenki ze szkół, takie, które zna większość i śpiewać. Ktoś powiedział w pewnym momencie "it is the best bus i have ever taken" :)

Wieczorem wspinaliśmy się w górę i w dół po niezwykle stromych ulicach centrum San Francisco. Więc znowu zasnęliśmy po całym dniu jak zabici :)

Rano w niedzielę wybraliśmy kościół w downtown, ja chciałam koniecznie być na mszy z muzyką gospel. No i niezawodny GPS oczywiście znalazł i taki kościół, oddalony zaledwie o 15 min pieszo od hotelu. W kościele zostaliśmy zauważeni, może się czymś wyróżnialiśmy?, i jakaś pani zapytała czy nie moglibyśmy ponieść darów. I said - 'OK' :)
Chór gospel, oryginalny, wow (śpiewałam w polskim 1.5 roku, no i wreszcie w oryginale, na amerykańskiej ziemi miałam szansę usłyszeć), składał się z ... 4 osób łącznie z pianistką :) Ale mimo wszystko klimat był bardzo niezapomniany :)

Cały dzień spędziliśmy w centrum SF skupiając się na China Town (nic wartego opisania, jak w każdym innym mieście, gdzie są dzielnice chińskie), Russian Hill, gdzie jest Lombard Stret - najbardziej zakręcona ulica świata, Fisherman Wharf okolicy portowej z której można pojechać na wycieczkę do Alcatraz. Z wybrzeża wracamy w dół w stronę Downtown i hotelu słynnym historycznym już tramwajem Cable Car i zwiedzamy muzeum Cable Car, gdzie W. analizuje mechanizm działania kolejki. Oczywiście zdjeżdżając tramwajem stoimy na podeście na zewnątrz, tak żeby było więcej adrenaliny. Tramwaje wymijają się tak blisko, że można spokojnie otrzeć się o ludzi stojących na podeście mijanego Cable Car. Tym razem jemy obiad w chińskiej restauracji, meksyk poszedł na razie w odstawkę i ok 17.00 łączymy siły, pakujemy auto i wyjeżdżamy w stronę Yosemite NP.

San Fancisco zaskoczyło nas poza tym dużą ilością bezdomnych. Ciekawą architekturą. Niezwykle stromymi ulicami!! Nie wyobrażam sobie jeżdżenia na rowerze po tym mieście, ani parkowania prostopadle, chociaż ludzie tak potrafią, co widać na załączonych zdjęciach :)


Spacerując po moście i czekając na ratunek Supermana


Lombard Street na Russian Hill, czyli najbardziej zakręcona ulica świata


Kolor Golden Gate Bridge jest bardzo charakterystyczny


Ten most jest naprawdę wielki..


Pierwsze chwile nad Oceanem Spokojnym, ach!




Miasto nocą


Światowiec, nie mogło go zabraknąć


Zaraz się miniemy... :)a stojących na podeście będzie można dotknąć, tak mała odległość jest pomiędzy wagonami


Z okna hotelu Holiday Inn


Samochody zaparkowane równolegle - szacun dla tych, którzy to potrafią :)


Widok z ulicy prawie w samym centrum miasta, na środku szyny kolejki Cable Car, która jest 'przeciągana' liną znajdującą się pod nawierzchnią drogi


Typowe domki w SF, dwupoziomowe, 'sklejone' ze sobą, w pastelowych kolorach


Słynne więzienie na Alcatraz, teraz już tylko dostarcza emocji turystom, wyspa jest całkiem blisko dzielnicy portowej


Sklep 'rybny' w China Town i przysmaki ledwo żywe, brrrrrrrr

czwartek, 8 października 2009

Łódką po Crater Lake

Przesunięcie godziny sprawia, że wstajemy wcześniej. B i S jadą po bajgle na śniadanie i jemy trochę inaczej, tak wiosennie z rzodkiewką i szczypiorkiem, plus popijamy obowiązkowo kawą na wybudzenie. Tutaj nie mają cukru, tylko jakieś słodziki, na których pisze, że jest to zdrowsze i ma mniej kalorii, ale smakuje dziwnieeeee :P

Generalnie w Stanach firmy się ścigają, żeby było jak najmniej cukru w cukrze, tłuszczu w tłuszczu, aby jedzenie było 100% organic, super zdrowe, w co trudno mi uwierzyć patrząc na daty ważności na sto lat do przodu, i smak w rzeczy samej, nienaturalny :)

Wyjeżdżamy po 8.00 w stronę Crater Lake National Park. Nie mamy rezerwacji na przejażdżkę łódką po jeziorze, a to w sumie największa atrakcja. Okazuje się jednak, że żadnej rezerwacji nie trzeba było mieć, kupujemy bilety ($27) i schodzimy trasą w dół krateru do przystani. Wycieczka trwa 2 godziny i jest bardzo ciekawa. Towarzystwo międzynarodowe. Pani ranger parku stoi na szczycie łódki z małym mikrofonem, opowiada historię wybuchu góry, po której powstał krater, a później napełnił się wodą. Odpowiada na pytania bardzo chętnie, jest bardzo sympatyczna i otwarta. Jest chłodno, tak, że mamy na sobie polary i kurtki, w porównaniu do wczorajszego ukropu jest to ogromna zmiana! Ale nic dziwnego, brzeg Jeziora Kraterowego znajduje się na wysokości 2100 - 2400 m.
Wszyscy turyści dostają peleryny przeciwdeszczowe ‘w prezencie’, bo kropi, a łódka podskakując powoduje małe prysznice.


Pinnacles - twory po-wulkaniczne, historia ich powstania jest dość skomplikowana :)


Jezioro jest bardzo zimne, ale ostał się w nim pień jakiegoś bardzo starego drzewa. Tutaj również udało się nam uchwycić niezwykły kolor wody.


Woda jest kryształowo czysta, jej przejrzystość waha się od 20 do 30 m. I chociaż głębokość to miejscami prawie 590 m (jest to najgłębsze jezioro w Stanach Zjednoczonych, 9. na świecie- najgłębsze to Bajkał), w płytszych miejscach widać dno!


Crater Lake powstało po wybuchu i zapadnięciu się wulkanicznej góry Mazama. Wybuch miał miejsce ok. 7,700 lat temu.


Woda w Jeziorze Kraterowym ma niezwykły kolor indygo. Wytłumaczono nam, że to sprawka światła słonecznego. Niestety z powodu zachmurzenia nie udało nam się tego dnia zrobić więcej ujęć kolorowej wody.


Crater Lake widok z góry, jezioro jest tak duże, że nie udało się go objąć w całości.

Przebijamy się przez Idaho i Oregon, czyli dzień w samochodzie

Pocattello – Klamath Falls (Oregon) czyli dzień w samochodzie

Tego dnia przecinamy płaskie rolnicze Idaho i przebijamy się przez południowy Oregon. Setki mil... wow, ile tam jest ziemi, godzinami nie mijamy żadnego auta, zabudowań, pierwszy raz się z tym spotykam i jestem w szoku.

Wstajemy zdyscyplinowani o 8.00 i po godzinie już jesteśmy w aucie. Trochę niewyspani, bo dzień wcześniej nie mogliśmy zasnąć, kawa w łapie i heja na autostradę. Czeka nas kilkanaście godzin jazdy. Czas mija bardzo szybko, to mnie dziwi, ale tniemy Idaho z jednym przystankiem w rest area napełniając bidony wodą z kranu (tak można). Przed wjazdem do Boise (Idaho) tankujemy, czyli kolejna zrzuta zielonych dla skarbnika (o dziwo tym skarbnikiem byłam ja:)).

Przecinamy granicę Idaho i Oregon w Ontario, ale zatrzymujemy się na obiad dopiero w Burns (OR). W Burns zyskujemy dodatkową godzinę (czas pacyficzny), więc tym lepiej dla nas :))! Jesteśmy już o 3 godziny wcześniej w stosunku do NYC i 9 godzin wcześniej w stosunku do Warszawy.
Oregon południowy to: góry, stepy, krzaki, bez końca, tego się nie da opisać... Jeszcze takich bezdroży po horyzont nie widziałam nigdy w życiu, i nawet w Arizonie było sympatyczniej, bo tam przynajmniej jest czerowono-pomarańczowo, co przy pustce krajobrazu daje przynajmniej wrażenie ciepła i przytulności.

Temperatura na zewnątrz to około 96 F, czyli ukrop. Po bezdrożach jedziemy 80 mil/h (przy ograniczeniu 55 mil/h), ale tutaj i tak nikogo nie ma, niczego nie ma, ani większych zwierząt, ani ludzi, ani niczego :) Droga miejscami jest prosta jak drut, pojedyńcza nitka o idealnym stanie nawierzchni :)
Tylko raz na 30 mil mijamy jakąś wioskę, albo coś co przypomina teren dotknięty cywilizacją (no oprócz drogi oczywiście). Część Idaho i Oregonu to tereny wykorzystane na pola uprawne. Są one najczęściej w kształcie koła lub półkola, ze względu na specyficzny sposób nawadniania – poruszające się na specjalnych kołach gigantyczne ‘ramienia’ spryskujące. Tylko dzięki sztucznemu nawadnianiu na tych stepowych terenach może coś urosnąć.
Jesteśmy w stanie przetrwać dzięki klimatyzacji w samochodzie. Niestety każdy z nas ma inne preferencje dotyczące temperatury tzn. wydaje mi się, że to ja wyróżniam się na tle grupy. Ciągle mi jest zimno. Czasami po prostu rezygnuję, jadę owinięta słynnym kocykiem, w czymś na głowie. A lodowate AC wieje w twarz. To chyba jedno z najmniej przyjemnych wspomnień z podróży – ciągłe proszenie o podwyższenie temperatury, kiedy wiesz, że nikt tego nie chce, ale z kolei Ty nie możesz wytrzymać z zimna :((

W Kalmath Falls zatrzymujemy się w Motelu 6, naszej ulubionej sieci. Motel jest tani, wygodny, a my mamy w dodatku jeszce kupon zniżkowy znaleziony w necie. Kupujemy wino różowe i szykujemy się na zanurzenie w basenie. Niestety choć dojeżdżamy tego dnia wyjątkowo wcześnie bo około 21.00, basen o tej porze jest zamykany, więc zostajemy w motelu i ... no różne rzeczy robimy. S. otwiera okno przez które wpada po raz ostatni przed włączeniem klimatyzacji (o ludzie jak ja nie cierpiłam klimy!), naturalne w 100%, nie przetworzone przez jakieś automaty, żeśkie, górskie powietrze. Jesteśmy już blisko Kalifornii i niedaleko Oceanu. Tej nocy śpimy jak zabici.

piątek, 2 października 2009

Yellowstone NP, Dzień 3 - gejzer zlał nas do suchej nitki

Wstaliśmy o .. 8.00, wow, ale rozpusta (w końcu są wakacje), zjedliśmy szybko śniadanie, zrzuta na paliwo po $20, stacja benzynowa koło Medison Motel i ...  jedziemy w stronę Old Faithful Area.
Ale zanim tam dotarliśmy zatrzymaliśmy się nad rzeką, gdzie odpoczywały, brykały i w ogóle prezentowały się w całej okazałości sarnopodobne zwierzęta. Minęliśmy Firehole Canyon i tam zeszliśmy w dół, w stronę rzeki i wodospadu skacząc po kamieniach i delektując się świeżym porannym i lekko już ogrzanym powietrzem. Wspaniałe widoki, cudowna orzeźwiająca przestrzeń.

Jadąc dalej zahaczyliśmy o Fountain Paint Pot, który jest rozległym terenem pełnym gejzerów. Tak jak we wszystkich tych miejscach, gdzie są czynne gejzery i źródła, udostępnione turystom nad ziemią, lub bezpośrednio nad- zamocowane są drewniane kładki – pomosty, prowadzące szlakami na aktywnym gorącym terenie. Każdy gejzer ma inną nazwę (np. Ear Spring, bo kształt ucha, Grizzly fumarole, Beach Spring itp.). Właśnie tutaj miałam refleksję nad tym czemu w parkach, na szlakach spotyka się tylko ludzi białych, a prawie w ogóle czarnoskórych? Autentycznie, a przecież w Stanach jest ich tak wielu. Wg W., czarnoskórzy mają taką naturę, wakacje wolą spędzać na plaży itp. To biali mają taką naturę, że podróżują, lubią odkrywać, wszędzie wleźć. Podobnie było w górach w Kalifornii, Arizonie i Utah – 99% ludzi na szlakach, wiszących na linach w szkółkach wspinaczkowych, czy jako załoga w pontonach na rzekach, to biali. Bardzo ciekawe, prawda?

Kierując się dalej na północ dojechaliśmy do ogromnego tęczowego Prismatic Spring. To ogromne Oko, niebieskie w środku, pomarańczowo-żółto-zielono-brązowe dookoła wielkości niewielkiego jeziora – coś niezwykłego!! I to wszystko sprawka termofili żyjących dzięki światłu, wysokiej temperaturze i gazom. Po prostu szaleństwo przyrodnicze. Mega czad.

Gejzery trochę zaczęły nas nużyć trzeciego dnia. Są to na pewno cuda przyrody, ale przebywanie dłużej w ich otoczeniu, ze względu na opary i temperaturę było nieprzyjemne. Myślę, że w zimie byłoby tu super, mniej ciepła w ogóle i wrażenia kolorystyczne na śniegu.

W Old Faithful Area punktem 1 jest gejzer Old Faithful (stary wierny), wokół którego wybudowano coś na kształt amfiteratru. Gejzer ten jest najbardziej znany dlatego, że wybucha regularnie i nie zawodzi turystów, którzy przyjeżdżają tu z całego świata. My mieliśmy dużo szczęścia, gdyż w jednym ze sklepów z pamiątkami natknęliśmy się na rangera, który powiadomił ludzi, że Beahivs gejzer prawdopodobnie będzie miał wybuch za kwadrans! Pobiegliśmy w stronę gejzera, którego wybuchy są o wiele bardziej spektakularne i wyższe. Początkowo woda bulgotała tak jak w innych mniejszych gejzerach, potem wystrzeliła na około kilkanaście metrów, potem strumień wzrósł do około 55m! Nagle lekko zawiał wiatr i cała woda zaczęła opadać na turystów. Szybko uciekłam po drewnianej kładce, ale tylko ze względu na aparat. Woda opadająca była już letnia i zmoczyła ludzi kompletnie :) Też chętnie bym skorzystała z prysznica, gdyby nie zdjęcia.
A tak poza tym to okolica Old Faithful jest mega komercyjna – hotele, sklepy, restauracja.

Z okolicy Biscuit Basin zdecydowaliśmy się na pójście szlakiem Waterfall Biscuit Basin w stronę Mistiq Falls – pięknego wodospadu. Tam wchodzimy na pobliskie skały oglądając wodospad z góry, potem schodzimy w dół i moczymy się w wodospadzie. Niesamowite. W. parzy sobie stopę, gdyż jeden z dopływów rzeki, mały strumyczek jest gorący – bardzo gorący!! Robimy mnóstwo fotek z samowyzwalacza, i bierzemy gorący kamień ze źródła, który parzy i strasznie trudno jest go zabrać! Gdy wspięliśmy się z powrotem na szlak (zejście do wodospadu nie było na szlakiem, jakaś pani powiedziała ‘You are brave!’. HA!

Powoli odjeżdżamy z Yellowstone. Ostatnie gejzery. Great Fountain Geyser. Żegnamy Yellowstone. Zróżnicowany, ogromny park, w którym każdy znalazł coś dla siebie. No i wracamy jeszcze do motelu po kocyk z ... Air France :) tak Paweł - W. też taki kocyk ma :)





















Yellowstone NP, Dzień 2 - latające bizony

Drugiego dnia w Yellowstone mieliśmy okazję bliżej zapoznać się z dzikimi zwierzętami i ich dziką naturą... Ale po kolei.

Rano pobudka o 7.00, rozpusta - w końcu są wakacje , szybkie śniadanie w holu Madison motel i heja w stronę górnej części północnego oczka 'ósemki'. Wspominałam już, że z powodu zamknięcia drogi nadrabialiśmy codziennie sporo mil? Największą zaplanowaną docelową atrakcją na północy parku miały być Mammoth Hot Springs, ale dotarliśmy tam późno, gdyż tego dnia zaliczaliśmy po drodze każdy gejzer, drzewo, wodospad, ciepłe źródło :) W. tak lubi :) ostatecznie byliśmy z tego zadowoleni, bo mieliśmy wrażenie, że poznaliśmy Yellowstone co do kamienia.

Zaczęliśmy od Norris area, to wyblakła, nietknięta przez cywilizację niecka ze szczelinami i fumarolami. Znajduje się tam najwyższy gejzer na świecie (Steamboat), który wyrzuca wodę na wysokość 90m. Ostatni eksplozja była w roku 2000, więc postanowiliśmy nie czekać i poszliśmy dalej. Widzieliśmy tam również przepiękne szmaragdowe sadzawki (moje ulubione odcienie turkusu) i baaardzo przystojnego rangera, który sprawił, że autentycznie zainteresowałam się tym zawodem. B. stwierdziła zaś, że 'mam smaka na dzikusa'.
Generalnie Norris Area, jej urok, można scharakteryzować słowami S. 'ten gejzer mi się jeszcze podobał'. Pasjonat wilków bowiem nie darzył podobną miłością gorących źródeł.

Po drodze spotkała nas niespodzianka, dużo samochodów i ludzi wokół z lornetkami. Wiedzieliśmy jedno, że 'sth is DEFINITELY down there' :)!!! i było - MIŚ. Wyskoczyliśmy z auta i pobiegliśmy wzdłuż drogi z aparatami, niedźwiedź czarny przepłynął rzekę i wszedł w pobliskie drzewa, potem przeszedł kawałkiem łąki i skierował się w stronę drogi (tzn. naszą stronę). Robiliśmy zdjęcia z sobą i z misiem w tle, co było dość niepoważne i nieodpowiedzialne. Wkrótce przyjechał ranger z gazem pieprzowym, nakrzyczał na ludzi, którzy powychodzili z aut i miś bezpiecznie przeszedł przez drogę. Był olbrzymi, czarny, majestatyczny i z pewnością groźny, tylko, że wtedy jeszcze tego nie 'czuliśmy'.

Mammoth Hot Springs na północnym krańcu Loop Road początkowo nas nie zachwyciły. Mamuty przypominały bowiem inne gorące źródła, a raczej kaskady gorącej wody. Tylko, że tutaj woda spływała po tarasach spowitych parą. Budulcem skał jest rodzaj wapienia, a odcienie skał (zielone, pomarańczowe, żółte) to praca glonów. Gdy znużeni B. i S. wrócili do auta, my z W. odkryliśmy na samym końcu szlaku widoki, które są chyba najlepszymi, i najbardziej niesamowitymi zdjęciami z podróży...!

Z mamutów ruszyliśmy tradycyjnie w stronę... Lamar Valley, by spotkać się wreszcie z naszym wilkiem. Aby zwiększyć szansę wybraliśmy jednokierunkową, piękną Black Tail Plateau, stromo wspinaliśmy się autem w górę, a potem zjeżdżaliśmy w dół w ciszy obserwując wszystko wokół. Ale wilka nie było... Dojeżdżając do Lamar Valley skręciliśmy na szlak Slough Creek Valley. Wypad jednak był nieudany, nie dość, że nie znaleźliśmy początku szlaku, to komary cięły jak szalone. Byliśmy już bardzo zmęczeni, bez obiadu, bzyki doprowadzały nas do szału. Ale wilk w Lamar Valley czekał, więc ruszyliśmy jeszcze dalej na północ.

Po drodze trafiliśmy na korek, gdyż kilkadziesiąt bizonów zgromadziło się na kolację wokół i na drodze. Byliśmy zafascynowani mogąc z tak bliska oglądać bizony, otworzyliśmy okna, wystawialiśmy kamery. Bizony ryczały, żuły trawę, biegały, małe, dorosłe; nadal nie czuliśmy, że są to dzikie, nieobliczalne zwierzęta, tj. jest napisane na wszystkich tablicach informacyjnych. W pewnym momencie dwa ogromne samce zaczęły walczyć o samicę w odległości kilku metrów od samochodu. Jeden popchnął drugiego w taki sposób, że tamten nie miał miejsca (rząd samochodów), by uskoczyć, więc skoczył w bok na maskę samochodu przed nami. Usłyszeliśmy huk, i latającą masę (bizony ważą od 500 - 1000 kg) nad autem. Bizon znalazł się po drugiej stronie rzędu aut i pobiegł dalej, ale zahaczył porządnie o maskę samochodu. Zamknęliśmy okna odruchowo i w ułamkach sekund skuliliśmy się na siedzeniach. Rodzina w aucie przed nami siedziała sparaliżowana (mama wzięła wcześniej małe dziewczynki na pierwsze siedzenie, by lepiej widziały). Nie chcieliśmy jechać już do Lamar Valley, zawróciliśmy, bizony były wciąż bardzo niespokojne, a my - przerażeni możliwością skoku kolejnej włochatej tony na nasze auto.Tu po raz pierwszy uzmysłowiliśmy sobie, że nie jesteśmy w zoo, a wildlife rządzi się swoimi prawami.

Wracając nocą z parku, około 23.00 zupełnie zmęczeni wrażeniami zobaczyliśmy na drodze... całe stado wilków! Młode i stare osobniki, o różnym ubarwieniu, ala' husky i czarny. Zwalniamy i zawracamy... w totalnych ciemnościach widać tylko to, co oświetlają nasze długie światła. Stado idzie ostrożnie, potem schodzi głęboko w las. Niestety nie wyszło ani jedno zdjęcie, bo z emocji pozostawiłam kamerę na największym zoomie :( Ale generalnie jesteśmy w szoku, udało się. W parku spotykaliśmy ludzi, którzy wstawali o 5.00 rano wielokrotnie i nic, a my... i miś, i latający bizon, i wilki... Mieliśmy ogromne szczęście.


(Norris Area)
(Nie jest łatwo spotkać niedźwiedzia, gdyż nie jest ich tak dużo w parku. Każdy osobnik potrzebuje bowiem wielu hektarów odpowiedniego terenu, by wyżyć m.in. z borówek)

(Miś przeprawiający się na drugi brzeg obserwowany przez wielu turystów, którzy pobiegli za nim do lasu. Emocje są tak duże, że ludzie zapominają o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. My... nie zachowywaliśmy się lepiej)

(Opary wody nad wapiennymi tarasami w Mammoth Hot Springs)

(Mammoth Hot Springs - kolory to sprawka glonów)

(Mammoth Hot Springs i nieziemskie widoki, miejsce do którego dotarliśmy trochę przez przypadek i resztkami sił. Czasem warto się przemęczyć :))

(Mammoth Hot Springs, czyli wapienne tarasy. 'Mamuty')

(Tu naprawdę było stado wilków, ostał się na zdjęciu jeno GPS, ale proszę poruszyć wyobraźnię!!:))

(Szmaragdowe źródło w Norris Area)

(W stanach wszystko jest wielkie, nawet... sarenki)