czwartek, 8 października 2009

Przebijamy się przez Idaho i Oregon, czyli dzień w samochodzie

Pocattello – Klamath Falls (Oregon) czyli dzień w samochodzie

Tego dnia przecinamy płaskie rolnicze Idaho i przebijamy się przez południowy Oregon. Setki mil... wow, ile tam jest ziemi, godzinami nie mijamy żadnego auta, zabudowań, pierwszy raz się z tym spotykam i jestem w szoku.

Wstajemy zdyscyplinowani o 8.00 i po godzinie już jesteśmy w aucie. Trochę niewyspani, bo dzień wcześniej nie mogliśmy zasnąć, kawa w łapie i heja na autostradę. Czeka nas kilkanaście godzin jazdy. Czas mija bardzo szybko, to mnie dziwi, ale tniemy Idaho z jednym przystankiem w rest area napełniając bidony wodą z kranu (tak można). Przed wjazdem do Boise (Idaho) tankujemy, czyli kolejna zrzuta zielonych dla skarbnika (o dziwo tym skarbnikiem byłam ja:)).

Przecinamy granicę Idaho i Oregon w Ontario, ale zatrzymujemy się na obiad dopiero w Burns (OR). W Burns zyskujemy dodatkową godzinę (czas pacyficzny), więc tym lepiej dla nas :))! Jesteśmy już o 3 godziny wcześniej w stosunku do NYC i 9 godzin wcześniej w stosunku do Warszawy.
Oregon południowy to: góry, stepy, krzaki, bez końca, tego się nie da opisać... Jeszcze takich bezdroży po horyzont nie widziałam nigdy w życiu, i nawet w Arizonie było sympatyczniej, bo tam przynajmniej jest czerowono-pomarańczowo, co przy pustce krajobrazu daje przynajmniej wrażenie ciepła i przytulności.

Temperatura na zewnątrz to około 96 F, czyli ukrop. Po bezdrożach jedziemy 80 mil/h (przy ograniczeniu 55 mil/h), ale tutaj i tak nikogo nie ma, niczego nie ma, ani większych zwierząt, ani ludzi, ani niczego :) Droga miejscami jest prosta jak drut, pojedyńcza nitka o idealnym stanie nawierzchni :)
Tylko raz na 30 mil mijamy jakąś wioskę, albo coś co przypomina teren dotknięty cywilizacją (no oprócz drogi oczywiście). Część Idaho i Oregonu to tereny wykorzystane na pola uprawne. Są one najczęściej w kształcie koła lub półkola, ze względu na specyficzny sposób nawadniania – poruszające się na specjalnych kołach gigantyczne ‘ramienia’ spryskujące. Tylko dzięki sztucznemu nawadnianiu na tych stepowych terenach może coś urosnąć.
Jesteśmy w stanie przetrwać dzięki klimatyzacji w samochodzie. Niestety każdy z nas ma inne preferencje dotyczące temperatury tzn. wydaje mi się, że to ja wyróżniam się na tle grupy. Ciągle mi jest zimno. Czasami po prostu rezygnuję, jadę owinięta słynnym kocykiem, w czymś na głowie. A lodowate AC wieje w twarz. To chyba jedno z najmniej przyjemnych wspomnień z podróży – ciągłe proszenie o podwyższenie temperatury, kiedy wiesz, że nikt tego nie chce, ale z kolei Ty nie możesz wytrzymać z zimna :((

W Kalmath Falls zatrzymujemy się w Motelu 6, naszej ulubionej sieci. Motel jest tani, wygodny, a my mamy w dodatku jeszce kupon zniżkowy znaleziony w necie. Kupujemy wino różowe i szykujemy się na zanurzenie w basenie. Niestety choć dojeżdżamy tego dnia wyjątkowo wcześnie bo około 21.00, basen o tej porze jest zamykany, więc zostajemy w motelu i ... no różne rzeczy robimy. S. otwiera okno przez które wpada po raz ostatni przed włączeniem klimatyzacji (o ludzie jak ja nie cierpiłam klimy!), naturalne w 100%, nie przetworzone przez jakieś automaty, żeśkie, górskie powietrze. Jesteśmy już blisko Kalifornii i niedaleko Oceanu. Tej nocy śpimy jak zabici.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz