piątek, 2 października 2009

Nowy Jork - Salt Lake City




Z Warszawy do Nowego Jorku przyleciałam w piątek około 17.00. Lot był z przesiadką w Pradze, leciałam liniami Czech Arlines, polecam, mają niesamowite promocje :) Tę długą podróż odbyłam siedząc obok Czecha, który nie chciał za bardzo rozmawiać (a szkoda ;)), za to wymieniliśmy parę zdań i dowiedziałam się od niego, że 'Polacy dużo podróżują' i że 'są wszędzie', że Czesi i Słowacy nie potrzebują wiz amerykańskich. Zdziwił się, że Polacy tak, i stwierdził, że 'coś musi być na rzeczy'.

Na lotnisku w NYC dość długo trwały formalności w Department of Homeland Security (U.S. Customs and Border Protection). Kolejka była ogromna, ludzi z całego świata mnóstwo (nie przesadzę, że czekało około 500). Nowojorczycy zaskoczyli mnie ... bałaganem i totalnym luzem, brakiem pośpiechu. Dziwne, jak na międzynarodowe lotnisko przyjmujące taki ogrom ludzi!

Duże zmęczenie po 9 godzinach lotu, plecak wypchany rzeczami na miesiąc, temperatura i wilgotność dużo wyższe niż w Warszawie, były od razu odczuwalne. Potem pytania od urzędnika (podobne do pytań w amerykańskiej ambasadzie w Polsce) - kiedy byłam ostatnio w Stanach, na jakiej wizie, gdzie jadę tym razem, u kogo się zatrzymam, na jak długo, jaki mam plan; zdjęcie odcisków palców, fotografia twarzy na wprost (pokazać uszy, bez okularów) i pieczątka w paszporcie. Ufff. Gdyby ktoś minutę po tej rozmowie zapytał, czy jestem terrorystą mogłabym się zawahać. Tak działa na człowieka system sprawdzający, zaczynasz się zastanawiać, czy ja faktycznie jestem tu tylko po to, by podróżować?

Potem spotkanie z W. , który na przywitanie wydrukował moje zdjęcie ze studiów z najgorszą możliwą miną... wykwintna kolacja na Long Island, rozmowy, ostatnie pakowanie i spaaaaać (około 18.00 czasu nowojorskiego czuję, że padam, bo to 24.00 czasu polskiego). Następnego dnia wylatywaliśmy do Salt Lake City o 6.00 rano, więc pobudka ok. 4.00!

Rano wstaliśmy bez ociągania:), a kolega P. kadilakiem odwiózł nas na lotnisko, ponownie jestem na JFK, tym razem na terminalu dla lotów krajowych. Kolejnych towarzyszy podróży spotkaliśmy już w samolocie, B i S. Wcześniej dzwonią do nas, że mamy się pospieszyć, gdyż Delta sprzedała więcej biletów niż miejsc i wywołują już ludzi po nazwisku, a my jeszcze daleko w drodze... Ale luz, ostatecznie siadamy na swoich miejscach, a samolot z powodu wcześniejszych burzy startuje i tak z opóźnieniem. Na lotnisku również jestem zaskoczona, jak dnia poprzedniego, powolną odprawą, chaosem (no w ogóle szok!), W. w pośpiechu podaje pani przed wejściem do samolotu bilety, ale tylko swój, i pani mówi "he wants to go without you honey!!". To amerykańska bezpośredniość :))

Lot do Salt Lake City trwa około 3,5 godziny. Widoki przez okno były oszałamiające, zwłaszcza rano, kiedy niebo nad NYC było różowe i kiedy dolatywaliśmy do Utah. Wcześniej lecieliśmy nad równinami, a góry z samolotu wyglądają o wiele ciekawiej. Przy oknie, obok mnie spała Chinka, która zamykała okienko, więc udało mi się zrobić niewiele zdjęć.


Po przylocie zlokalizowaliśmy wypożyczalnię samochodów Hertz i po dłuższych pertaktacjach chłopaków i wspólnej decyzji zdecydowaliśmy się na dużego Chevroleta. Przy okazji kosztu wynajmu wzrosły o 900 dolarów, bo okazało się, że nie wzięliśmy pod uwagę kosztów ubezpieczenia...

Salt Lake City, miasto Mormonów przywitało nas żarem, słońcem i temperaturą ponad 35 C. Było to niesamowite obciążenie. Dla mnie zwłaszcza, gdyż teraz byłam do przodu o 8 stref czasowych i zmęcznie i temperatura dawały się we znaki. W Salt Lake City, mieście, które jest nieciekawe, urbanistyczne, suche i brzydkie :) skupiliśmy się na Temple Square, centrum świata Mormonów i ich historią. Zakres i rozmach ich działania jest imponujący (obok kościoła stoją dwa nowoczesne biurowce w których to się wszystko kręci). Przewodniczka mormońska powiedziała, że gromadzą oni dane osobowe ludzi z całego świata, i jeśli chcemy możemy tam pójść i odtworzyć swoje drzewo genealogiczne. Ale głównym celem tej bazy jest możliwość dotarcia do danych własnych przodków, aby przyjąć w ich imieniu chrzest zgodny z zasadami kościoła Mormonów...
Zwiedzanie zajęło nam sporo czasu, i myślę, że byłoby żwawsze i bardziej entuzjastyczne gdyby nie zabójcza zmiana klimatyczna.

Wkrótce musieliśmy ruszyć w drogę na północ, by dotrzeć na czas do Jackson (Jackson Hole). Zjedliśmy kanapki - obiad w Subwayu, gdzie dostaliśmy gratis ciasteczko. Jechaliśmy do Jackson już po ciemku, większość w aucie spała oprócz W., który prowadził. Noc przebiegła sprawnie, może z wyjątkiem kryzysu około 1.40, kiedy to wszyscy się przebudziliśmy z gorąca, S powiedział, że dłuzej już tego nie wytrzyma, że trzeba coś zrobić i albo włączamy klimę, albo on idzie spać na zewnątrz. Ostatecznie włączyliśmy klimatyzację i od tego dnia rozpoczęły się codzienne dyskusje nt. indywidualnych preferencji każdej z czterech osób (spaliśmy przecież w tym samym pokoju).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz